Press "Enter" to skip to content

Rozważanie na drugi piątek Wielkiego Postu – 26.02.21

CHCIWOŚĆ

Ojcze w Twoje ręce powierzam ducha mojego.
(Łk 23,46)

Kochani, chciałbym z dzisiejszego rozważana uczynić modlitwę medytacyjną, do której Was zapraszam. Jest długa, ale skorzystajcie z tego fragmentu, który wam najbardziej pasuje. 

Patrzę na Twój Krzyż, Jezu. Widzę Twoje ciało przybite i zbolałe, umęczone moim grzechem, moją niewiernością, moją chciwością, moją zachłannością. Widzę wielkie, ciężkie, krwiste krople potu spływające po Twojej skroni. Widzę grymas bólu na Twojej twarzy. Widzę jak przez Twoje święte Ciało przebiegają bolesne skurcze. Widzę, jak umierasz. Chciałbym odwrócić wzrok, zamknąć oczy. Nie mogę, bo nie mogę odwrócić głowy od tej wielkiej miłości, którą Ty tak hojnie mnie obdarzasz. I widzę Twoje oczy Jezu, w których nie ma wyrzutu ani pretensji. Patrzysz na mnie, tak jakbyś chciał mi powiedzieć, że czynisz to dla mnie, że dla mnie cierpisz i dla mnie umierasz. Widzę Twe ramiona, które jakby wyrywają się z Krzyża by mnie objąć i przytulić. Panie, jakże Ty jesteś hojnym dawcą życia, miłości i czułości.

Patrzę na Ciebie Jezu, wiszącego na Krzyżu i chcę Ci powiedzieć jak bardzo jestem Ci wdzięczny. Dziękuję Jezu za Twoją wierność, która daje mi nadzieję. Dziękuję za Twoją mękę, która mnie odkupiła. Dziękuję za Twą miłość, która mnie rozpala. Dziękuję za Twoje oczy, które miłosiernie na mnie patrzą̨. Dziękuję za Twe ramiona, które mnie przygarniają. Dziękuję za Twoją dłoń, która jest stale wyciągnięta w moim kierunku. Dziękuję za to, że dałeś się przybić za mnie, za mój grzech i za moją chciwość. Oddałeś całego siebie. Nie pytałeś co z tego będziesz miał, ile zyskasz, a ile stracisz. Nie kalkulowałeś z zimną krwią̨ co przyniesie Ci korzyść a co nie. Ty po prostu dałeś siebie. Dziękuję Jezu za Twą hojność, która mnie tak bardzo zawstydza.

A ja…? Tyle razy Jezu Cię zdradziłem, odepchnąłem. A ja nie potrafię siebie dawać innym. Brak mi odwagi by być bezinteresownym, by całkowicie zrezygnować z zysków, by narazić się̨ na stratę. Panie, tak mi brak odwagi i siły, by dzielić się tym co mam. Tak często zatrzymuję to dla siebie. Próbuję zabezpieczyć sobie przyszłość. Gromadzę różne skarby tego świata, bo wydaje mi się, że one budują moją pozycję.
Nie biorę pod uwagę, że może to mój ostatni wieczór i ostatnia szansa by być hojnym nie tylko w marzeniach, planach, ale teraz, tutaj, w rzeczywistości.

Może teraz powinienem dać to co mam, choć może mam niewiele. Ty nie miałeś nic, a mimo to oddałeś wszystko. A ja się boję oddać tego co mam. Boję się zaufać Twojemu Słowu, Jezu. Brak mi odwagi by być hojnym w zawierzeniu Tobie. Odwracam wzrok, bo wiem, że aby iść za Tobą będę musiał oddać cząstkę siebie, do której jestem tak bardzo przywiązany. A Ty mi dałeś nie cząstkę, ale całego siebie. Tak mi Panie wstyd, że nie potrafię kochać jak Ty, że nie potrafię Cię naśladować. Wybacz mi mój grzech, moją chciwość, która mnie tak bardzo od Ciebie oddala. Wybacz mi Panie, że często uciekam przed Tobą, gdy Ty wyciągasz do mnie swą dłoń. Wybacz mi Panie, że nie potrafię przyjmować Twoich łask, które dajesz mi, bym umiał kochać i cierpieć bez żalu, bez roszczeń, bez granic. Wybacz mi Panie, że nie umiem dawać nie oczekując nic w zamian. Patrzę na Ciebie, Jezu, wiszącego na Krzyżu i widzę twarze tych wszystkich ludzi, których minąłem. Panie w dawaniu jestem tchórzem. Ciągle przegrywam z samym sobą.

Jezu, mój Panie, proszę Cię o odwagę w naśladowaniu Ciebie, bym umiał z siebie rezygnować. Bym nie liczył zysków i strat, bym zwyczajnie, szczerze i prawdziwie potrafił dawać. Bym nikomu nie żałował swojego czasu. Bym umiał się zatrzymać nad każdym człowiekiem, którego Ty stawiasz na mojej drodze. Naucz mnie być hojnym w miłości, w dawaniu czasu, w dobroci, w uwadze poświęcanej drugiemu, w życzliwości, w dobrych słowach, w przyjacielskich gestach. Daj mi Panie łaskę ufności, że Ty jesteś ze mną, i że nawet gdy oddam wszystko to niczego mi zabraknie, bo Ty jesteś ze mną. Daj mi Panie ufność w Twą żywą obecność. Daj mi Panie Ducha ofiarności i Ducha hojności. Proszę Cię Jezu uzdrów mnie mocą płynącą z Twego Krzyża.

Widzę Twoje ręce. Szeroko rozłożone, jak ręce kochającej osoby, która chce swoich najbliższych przygarnąć do siebie. Jak ręce kogoś najbliższego, najczulszego, chcące przytulić do serca. Ty czekasz. Czekasz na mnie. Chcesz mnie przygarnąć z wysokości krzyża i przytulić do swojego serca. Mi chcesz dać swoją miłość, bliskość. Pragniesz, bym mógł dotknąć Twoich ran. Chcesz bym w Twoich ranach złożył siebie samego: swoją małość, swoje lęki, niepokoje, zagubienie, bezradność.

Czuję się taki niegodny. Panie Jezu, dajesz mi wszystko, dajesz mi siebie. Nikt nigdy nie dał mi niczego więcej poza to, co Ty mi dajesz. I znowu przychodzi moja noc. Przychodzi noc, bo, mimo że mam wszystko chcę mieć jeszcze więcej. Potrzebuję uznania, chwalenia, doceniania. Potrzebuję, żeby ktoś się o mnie troszczył tak po ludzku i nie okazuję wdzięczności, bo mi się należy. Uciekam dalej w moją noc.  Nie chcę nazwać po imieniu tego co czuję i co przeżywam.

Dobry Panie, nigdy nie będę doskonały. Całe życie będę utykał, ale chcę być z Tobą. Dla miłości, którą mi dajesz warto żyć. Warto kochać Ciebie i innych. Zbyt często troszczę się o siebie, o swoje sprawy, potrzeby, problemy. O swój dobrobyt. Przecież Bóg Ojciec wie, czego mi potrzeba najpierw, zanim go poproszę. Tak bardzo chciałbym mieć wszystko zaplanowane i realizować te plany konsekwentnie dzień po dniu, minuta po minucie. Ale to jest kolejne moje pragnienie, nie pragnienie Jezusa. Pragnieniem Jezusa jest moja troska o Królestwo Boże. Nie jakieś odległe i abstrakcyjne, ale obecne we mnie tu i teraz oraz w wieczności. To ma być podstawowa troska mojego życia.

Przytul mnie Panie, bo brak mi czasami sił do walki o własną duszę. Chciałbym się nieraz poddać, powiedzieć sobie i całemu światu, że nie warto; że już nie chcę iść dalej, bo jest mi za trudno. Nie widzę już Ciebie Panie Jezu przez moje łzy. Ale jeszcze się kiedyś rozsmucę, jeszcze do Ciebie powrócę, Chrystusie.

Panie Jezu, Ty bierzesz mnie za rękę każdego dnia mojego życia i prowadzisz do siebie. Spraw abym poczuł Twój uścisk dłoni. Twoje spojrzenie, którym z krzyża obejmujesz wszystkich ludzi. A ja ślepy nie widzę we wszystkich dobra.

Dziękuję Ci Panie Jezu za Twój krzyż, za Twoją śmierć z miłości. Dziękuję za Twe dłonie, które kładziesz na mnie abym się nie bał. Z Tobą wychodzę z mojej ciemnej nocy. Wychodzę z ciemności i wchodzę w światło życia. Dobry Panie, a co będzie jutro? Co będzie, jeśli znowu nie dam rady? Co się stanie jak zachoruje ktoś z mojej rodziny? Co się stanie jak wyrzucą mnie z pracy?

Jutro będzie nowa miłość Jezusa. Zawsze świeża co rano. Miłość, która na krzyżu oddała się całkowicie. Całkowita wierność Pana, ogromna. Przytul mnie Panie. Chcę się oddać w Twoje ramiona wyciągnięte dla mnie na krzyżu. Niczego więcej nie pragnę. Doszedłeś Panie Jezu na Golgotę. Twój krzyż stał się dla mnie bramą do zbawienia. Twój krzyż wzywa mnie do bycia hojnym w miłości. Do bycia hojnym w dawaniu siebie jak Ty dałeś siebie nam, słabym ludziom. Twoja hojność przewyższa wszystko. Twoja miłość daje nam niewyczerpane źródło łask. Naucz mnie hojnego dawania siebie innym ludziom w zwykłych czynnościach mojego życia.

Panie, co ja robię z moim życiem? Oplotłem je kokonem trosk i zmartwień, spędzam czas zastanawiając się̨ w napięciu jak powinienem je zabezpieczyć, co jeszcze uczynić, by zapewnić sobie lepszy byt. Chcę lepiej żyć więcej posiadając. Owszem, myślę, że jeśli zdobędę więcej dóbr to będzie mi lepiej. Tak, jest mi z tym ciężko i czuję, że wlokę za sobą̨ jakiś niesłychany ciężar, ale tego wieczora chcę Ci powiedzieć po prostu, że nie wiem, jak można inaczej. Chyba nie pojmuję, do czego mnie zapraszasz.

Jeśli jest coś, co w jakiś sposób przeczuwam tej nocy, to chyba to, że Ty chcesz jakoś wyzwolić we mnie … życie, prawdziwe życie. Takie życie „po prostu”, czyli to, za czym chyba najbardziej moje serce tęskni, życie pełne, radosne, beztroskie chowa się gdzieś daleko, a na jego miejsce wchodzi niepokój, lęk, zazdrość i niespełnienie. Niezależnie od tego, ile zdobędę, ile nagromadzę, zawsze pragnę więcej, nigdy nie mam dosyć. A jak nawet już wydaje mi się, że się nasyciłem, to i tak jestem w głębi serca nieszczęśliwy, bo nie za takim zaspokojeniem chyba tęsknię… Istotnie, gromadzę skarby dla siebie. Ja i moje skarby, moje skarby i ja. Moje serce się jakby kurczy.

Więc wyzwól mnie Panie! Jeśli to chciwość zatruwa moje serce, to nie dam rady uwolnić się od niej samemu! Potrzebuję Ciebie i tak naprawdę̨… tylko Ciebie… Chcę się uczyć się od kruków, o które Ty się troszczysz i od lilii, które Ty przyodziewasz. Ty mówisz, że moje życie znaczy więcej niż pokarm, niż odzienie, niż cokolwiek innego, że moją troską nie dołożę nawet małej chwili do mojego życia. Chcesz mi pokazać, że właśnie ono jest najważniejsze, że… mam najpierw żyć, po prostu żyć. A prawdziwe życie zaczyna się, gdy całego siebie złożę w Twoje ręce. Panie moja wiara jest bardzo słaba, ale tak jak umiem chcę Ci dziś wieczór powiedzieć, że u Twoich stóp, u stóp Twego krzyża chcę złożyć całego siebie i wszystko co mam. Trochę chyba zaczynam przeczuwać na czym Ci zależy i co się może stać z człowiekiem, który zaczyna wierzyć.

Nie chodzi o to, by nie dbać zupełnie o sprawy materialne, ale moja troska, moje serce nie może być w tym. To zostanie mi niejako dane, nie bez mojego wysiłku, ale jednak podarowane, jeśli całe me serce zaangażuję dla Ciebie, dla szukania Twego Królestwa w moim życiu i w moim otoczeniu. Wszystko jest moje i dla mnie, ale tylko wtedy, gdy tego nie pożądam, lecz gdy godzę się przyjąć to jako dar Twojej dobroci, pragnąc nade wszystko zdobycia najcenniejszego skarbu – Ciebie samego. Tam gdzie jest mój najcenniejszy skarb, niech będzie i moje serce. Panie, czuję, że to prawda i że w tym kryje się̨ tajemnica prawdziwego życia. Ale jakże trudno tak żyć, jak trudno będzie zmienić moje życie, by nawet w drobnych szczegółach przeorientować je według perspektywy jakie pokazuje wiara, Ty sam… Tak, to szczęście ma chyba cenę krzyża. Poddać się codziennej śmierci ulubionych zachcianek, pożądliwości, z miłości do Ciebie pozwolić ukrzyżować krzyczące we mnie troski i niepokoje, które codziennie domagają się mojej uwagi i energii, które chcą bym się chronił, zabezpieczał, bym konsumował, bym szedł w rytmie aktualnych mód, bym był jak wszyscy wokoło, na czasie. Nie Panie, ja chcę żyć jak Ty, w wolności i w pokoju, niezależnie od tego, ile to będzie kosztować i co powie świat. Chcę gromadzić skarby dla Ciebie a nie dla siebie. Nawet jeśli czasem, zamiast zagarniać obiema rękoma, trzeba będzie, jak Ty, rozłożyć na krzyżu bezbronne ramiona, wystawić się na ciosy i obelgi a nawet pozwolić przebić sobie serce. Tak Panie, czuję, że naprawdę tego pragnę̨, całym sobą! I to pragnienie też oddaję Tobie, bo sam widzisz, jak mała jest moja wiara. Ale choćbym jeszcze dziś wieczór miał upaść w tym postanowieniu, to dla Ciebie chcę powstać i tyle razy, ile to będzie konieczne prosić Cię o przebaczenie i pomoc. A z Tobą… przecież wszystko jest możliwe!

Mój egoizm, moja chciwość przychodzą do mnie różnie – czasem gwałtownie, innym razem powoli, kropla po kropli. Gdy przyjdzie moment, że będzie ich zbyt wiele, zamknij cierpliwością moje usta – niech się nie skarżą̨. Stać przy mnie, jak się trwa przy przyjacielu i zmieniaj we mnie to, czego zmienić nie potrafię lub nie chcę Pozwól mi w tym wszystkim zobaczyć nagą prawdę o sobie samym. I niech ona będzie moim wyzwoleniem. Otwórz moje oczy i serce, by kochały i płonęły dla Ciebie – zawsze i pomimo wszystko … Tak jak Ty mimo wszystko i bez względu na wszystko oddałeś za mnie życie. Patrzę̨ na Twój krzyż Panie i wierzę, że tu ukryłeś odpowiedź na najtrudniejsze moje pytanie – o mnie samego. Krzyżu Chrystusa – Ikono Miłości bez obłudy – bądź uwielbiony! W Tobie jest wolność.

ks.Przemysław Demski