Press "Enter" to skip to content

Rozważanie na szósty piątek Wielkiego Postu -08.04.2022r.

„Tak mi dopomóż, Panie Boże Wszechmogący, w Trójcy Jedyny i wszyscy święci”

            Jestem ciekaw, drogi Czytelniku, czy proszenie o pomoc przychodzi Ci z łatwością, czy też z trudnością. Kiedy ostatni raz poprosiłeś kogoś o pomoc. Może jesteś osobą, która stara się poradzić sobie ze wszystkim sama? Może czynisz to w duchu miłości, mówiąc sobie w sercu: „Dlatego, że ją / jego kocham…,  nie będę jej / jemu zawracać głowy. Ma pewnie swoje problemy. Nie będę mu / jej stwarzał kolejnego problemu”. Czy nie jest to piękna postawa miłości, wyrażająca troskę o drugiego człowieka? Może i tak. Ale nie do takiej postawy zaprasza nas Bóg. Bóg sam jest doskonałą wspólnotą Trzech Osób Boskich, które w miłości stanowią jedno – doskonałą Komunię Jedności – dlatego powołując człowieka do istnienia otworzył go na takie przeżywanie życia, aby odkrywał w nim siłę wspólnoty, budował wspólnotę, poczuwał się do odpowiedzialności za wspólnotę: „Dlatego to mężczyzna opuszcza ojca swego i matkę swoją i łączy się ze swą żoną tak ściśle, że stają się jednym ciałem” (Rdz 2, 24). Wyrazem jedności między małżonkami a Bogiem, przed którym składają przysięgę małżeńską jest otwartość na prośbę, by Bóg dopomagał temu małżeństwo, którego życie w dynamizmie miłości niejednokrotnie przekracza czysto ludzkie możliwości. Bez pomocy łaski Bożej, trudno wypełnić powołanie do życia małżeńskiego. Dlatego małżonkowie, każde z osobna wypowiada słowa prośby i zawierzenia: „Tak mi dopomóż, Panie Boże Wszechmogący, w Trójcy Jedyny i wszyscy święcie”. 

            Jak zatem nazwać człowieka, który prosi o pomoc? Słabeusz!? Sam sobie nie radzi!? Tak niektórzy robią, tak niektórzy myślą! O innych, o sobie samym. Myślą, że w ten sposób Bóg o nich myśli. Ja mówię inaczej, widząc w człowieku, który ma odwagę prosić o pomoc, wielką odwagę serca, bowiem tylko człowiek odważny, silny wewnętrznie ma w sobie tyle pokory, aby prosić o pomoc. Chociaż wydaje się, że jest inaczej, to właśnie tylko człowiek wewnętrznie słaby nie ma w sobie tej odwagi proszenia o pomoc. Człowiek zamknięty wewnętrznie robi wszystko, aby samemu sobie ze wszystkim poradzić. Jak wielką trudnością są dla niego słowa, który w czasie zawierania małżeństwa wypowiada jako zwieńczenie przysięgi małżeńskiej: „Tak mi dopomóż, Panie Boże Wszechmogący, w Trójcy jedyny i wszyscy święci”. Oczywiście, że może je wypowiedzieć swoimi ustami. Dla serca pozostają jednak obce, niezrozumiałe, niemożliwe, aby nimi żyć w kolejnych chwilach trwania małżeństwa. A przecież przysięga ta nie naznacza tylko i wyłącznie jednej chwili zawarcia małżeństwa. Ma ona kształtować całe ich życie małżeńskie.

            Fakt, że każde z małżonków osobno składa swoje przyrzeczenie oraz prośbę przed Bogiem, oznacza wzajemną odpowiedzialność małżonków. Dotyczy ona z jednej strony ich osobistej relacji z Bogiem – relacji wiary, zawierzenia i miłości względem Boga objawiającego się człowiekowi. Małżonkowie podejmują bowiem wspólną drogę zbawienia i wzajemnie powinni troszczyć się, aby w tej łasce wzrastać. Z drugiej natomiast strony jest to odpowiedzialność za wzajemną więź małżeńską. W trosce o nią właśnie małżonkowie powinni autentycznie wypowiedzieć to zaproszenie Boga do ich małżeństwa i troszczyć się, aby każde z nich wzrastało w łasce Bożego życia i w niej mieli źródło siły troski o ich małżeństwo oraz rodzinę.

            Chrystus na kartach Ewangelii zachęca każdego ze swoich uczniów: „Proście, a będzie Wam dane. Szukajcie, a znajdziecie. Kołaczcie, a otworzą Wam” (Mt 7, 7 – 8). Stawia nam za wzór postawę pewnej wdowy, która nie boi się iść prosić o pomoc nawet niesprawiedliwego sędziego (Łk 18, 1 – 8). Sam Jezus zwraca się z prośbą do swojego Ojca (J 17). Umiejętność szczerej, autentycznej prośby należy do tej drogi życia, którą jest właśnie chrześcijaństwo. Nie miejmy wątpliwości. Trzeba powiedzieć więcej. Z ufną prośbą zanoszoną w modlitwie Jezus łączy wyjątkowe doświadczenie radości: „O cokolwiek byście prosili Ojca, da wam w imię moje. Do tej pory o nic nie prosiliście w imię moje: Proście, a otrzymacie, aby radość wasza była pełna” (J16, 23 – 24).

            Jak zatem określić człowieka, który prosi o pomoc? To człowiek wielkiej odwagi serca. W człowieku, który ma w sobie odwagę proszenia o pomoc, widzę na prawdę wielką odwagę, bo tylko człowiek odważny, wewnętrznie silny, silny duchowo, ma w sobie odwagę zwrócenia się z prośbą o pomoc. To nowa perspektywa Królestwa niebieskiego. Siłą człowieka staje się więź z Bogiem, bo Bóg jest we mnie siłą. Siła ta przenika przeróżne płaszczyzny mego życia.

            Po pierwsze jest to odwaga prawdy. Dlaczego? Tylko człowiek, który jest szczery względem siebie samego i względem drugiej osoby widzi swoją własną niewystarczalność.  Lecz „widzi” to za mało. On ją akceptuje i pragnie ją przezwyciężyć. Jednak nie chce czynić tego swoimi własnymi siłami, ale zwraca się o pomoc do Kogoś, kto w nim przezwycięża jego słabości, a czyni to w życzliwej miłości. Uznać swoją niewystarczalność to już mądrość. Umieć prosić o pomoc to miłość. Przyjąć pomoc z wdzięcznością to odpowiedzieć na tę miłość.

            Po drugie jest to odwaga pokory. W świecie, który żąda od każdego, aby był samowystarczalny, człowiek odkrywa piękno pokory i jej siłę budowania pokoju. Nie może jednak tego do końca zrobić sam, ponieważ zamknie się w swojej własnej „jaskini” i będzie przekonany, że w niej ma najlepiej. To czysta postać pychy. Wypłynięcie poza swoją „bezpieczną przystań” wymaga pokornej odwagi. Czymś właśnie takim jest zwrócenie się o pomoc do Boga, ponieważ to jemu oddaję ster ładzi swego życia.

            Po trzecie jest to odwaga wiary. Wiary bowiem wymaga prośba skierowana w stronę Boga – wiary świadomej, realnie przeżywanej w relacji z Bogiem Trój-Jedynym. Wiara ta nie jest jednak tylko i wyłącznie intelektualnym przyjęciem prawdy o Bogu. Wiara ta jest szeroką perspektywą i głębią mojego życia. Wiara ta przyjęciem Bożego działania w mojej codzienności – Bożego, a nie mojego własnego.

            Po czwarte jest to odwaga zaufania. Zwrócenie się z prośbą wymaga gotowości przyjęcia tej pomocy w taki sposób, w jaki jest ona mi udzielana. Nie można być wybrednym. Przyjmując bowiem pomoc, ufam Temu, który mi ja okazuje. Przyjmuję Jego pomoc – Jego sposób rozwiązania moich problemów. A jest on czasem tak inny, niż sam bym mógł sobie wyobrazić. Bóg zazwyczaj zaskakuje.

            Po piąte droga prośby to droga pięknego człowieczeństwa w jego istocie. Jest to odwaga wyciągniętej dłoni, a nie wyimaginowana siła zamkniętej pięści. Czy może myślisz inaczej? Sam Jezus nie bał się prosić o pomoc. Sam Jezus przyjmował pomoc innych. Zastanawiam się, czy bez tej pomocy dopełniłby dzieła odkupienia i zbawienia człowieka? Pewnie tak, ale wybrał właśnie tę drogę – drogę zwrócenia się ku Ojcu i człowiekowi, a nie drogę ekskluzywnej samowystarczalności. Jezus bez pomocy konkretnych osób, nie wypełniłby decyzji oddania życia za człowieka w ten sposób, który sam wybrał. Obecność Matki, wymuszona początkowo pomoc Szymona, miłosierny gest Weroniki – wpisały się integralnie w Jego „krzyżową drogę” – w Jego drogę budowania Królestwa Bożego pośród nas.

            Takiej odwagi zabrakło bogatemu młodzieńcowi, który przyszedł do Jezusa. Mimo tego, że przyszedł do Mistrza i u Niego szukał odpowiedzi, to jednak miał on swój własny plan na życie. On nawet na płaszczyźnie wiary pragnął jedynie realizować siebie samego (Mk 10, 17 – 22). Myśląc o tej części przysięgi małżeńskiej: „Tak mi dopomóż…”, uświadamiamy sobie znaczenie słowa „Tak”. Oznacza ono bowiem przede wszystkim zgodę na realizowanie Bożego zamysłu miłości względem ukochanej osoby i siebie samego, a nie swego własnego projektu: „Niech mi się stanie według Słowa Twego” (Łk 1, 38). Kiedy jednak mówimy „Bądź wola Twoja…” (Mt 6, 10), często pragniemy realizować swoją własną wolę, a nie Bożą. Jak konkretny pod tym względem był Jezus Chrystus. On cały był ukierunkowany na realizację zamysłu zbawienia, który rozpoznał w Ojcu, który zobaczył w Ojcu, który usłyszał od Ojca. Patrząc właśnie na Jezusa, muszę rozeznać, na ile ja w swoim życiu pragnę tę wolę wypełniać. A może żyję własnym zamysłem miłości? Może tak na prawdę realizuję swój własny plan. Mówię: „Tak mi dopomóż…”, mówię „Bądź wola Twoja…”, a w rzeczywistości realizuję plan pod tytułem „Zrobię to sam” – albo „Zrób to za mnie”, albo „Ja mam plan, ale Ty pomóż mi go zrealizować”. Wielu z nas nosi w sobie swój własny pomysł na życie, na zbawienie, na szczęście w małżeństwie i rodzinie. Uwielbiamy rozwiązywać problemy po swojemu. Uwielbiamy stawiać na swoim, mówiąc jednocześnie: „Jezu, ufam Tobie”. Czy tak ma być nadal?

            Bóg w zamyśle miłości małżeńskiej otwiera przed małżonkami rzeczywistość swego Królestwa. To rzeczywistość wspólnej drogi, nie tylko wspólnej dla małżonków, ale wspólnej z Bogiem, który otwiera swą doskonałą wspólnotę miłości Ojca, Syna i Ducha Świętego dla kogoś takiego jak ja. Otwarte ręce zbawiciela zapraszają nas do tej Wspólnoty, do Jedności, do Komunii życia i śmierci, aby radować się nią w wieczności. Małżeństwo to wspólna droga małżonków i Boga, to wspólna walka o to, co najpiękniejsze w życiu, to przestrzeń jedności. Na mocy tych właśnie słów przysięgi małżeńskiej, małżonkowie powinni nieustannie wzrastać w modlitwie uwielbienia Boga we wszystkim co przeżywają, co dzieje się w ich życiu, co ich – wydawałoby się – przerasta. Dlatego: „Do Ciebie wołam, Panie, prędko mi dopomóż; usłysz głos mój, gdy wołam do Ciebie. Niech moja modlitwa będzie stale przed Tobą jak kadzidło; wzniesienie rąk moich – jak ofiara wieczorna” (Ps 141, 1-2)!

 

Zastanów się:

  1. W jaki sposób wspieracie siebie nawzajem na drodze zbawienia w Jezusie?
  2. O co ci najtrudniej prosić? Dlaczego właśnie o to?

Dobre praktyki:

  1. Rozeznaj i wybierzcie razem patronów waszego małżeństwa.
  2. Napiszcie swój własny akt zawierzenia Bogu swego małżeństwa (i przedstawcie go Bogu).

ks. Adam Skrzyński