Press "Enter" to skip to content

Świadectwa

Rekolekcje „Radość zobowiązań” przeżywałem już po raz trzeci. W tym roku zostały one zorganizowane w Rościnnie. Uświadomiłem jednak sobie, że za każdym razem są innymi, chociaż ciągle podejmują ten sam temat – przeżywania swej wiary w radości, na drodze zobowiązań małżeńskich. Jeden cel, ale jednak różne drogi, ponieważ uczestnicy są zawsze inni. Przyjeżdżają bowiem z różnym doświadczeniem – osobistym oraz wspólnotowym.

            Bogu dziękuję za wszystkich, których zaprosił na te rekolekcje w roku 2019. W tym czasie chyba wszyscy poczuliśmy to szczególne zaproszenie, aby przyjąć ten czas jako dar Ducha Świętego, który przenikając nasze serca, sam wie, czego najbardziej potrzebujemy. Nie tylko treści tych rekolekcji były nam potrzebne, ale przede wszystkim wspólnie spędzony czas, doświadczenie wspólnej modlitwy, radość dzielenia się swym doświadczeniem wiary, życia małżeńskiego i wspólnoty Domowego Kościoła.

            Wyjątkowym dla mnie doświadczeniem okazała się modlitwa wstawiennicza. Nie jest ona obowiązkowym punktem rekolekcji, jednak bardzo dużo osób korzysta z tej możliwości. W tym roku to właśnie ona stała się dla mnie najmocniejszym punktem całego tego czasu.

            Przeżyłem ją inaczej niż dotychczas. Inspirację odnalazłem w świadectwie s. Briege McKenna oraz Neala Lozano. Dzięki nim w tym roku zwróciłem szczególna uwagę na moje osobiste przygotowanie do modlitwy oraz na czas rozeznanie. Przyznam się, że po raz pierwszy tak świadomie przygotowałem się do rozeznania – przez modlitwę, medytację Bożego Słowa, adorację Najświętszego Sakramentu. Nie było to nic wymagającego dla mnie, ponieważ wszystko normalnie było wpisane w każdy dzień rekolekcyjny. Każdą chwilę poświęciłem jednak następującej intencji – o uzdrowienie osób chorych, o uwolnienie osób zniewolonych, o umocnienie osób słabych. Modliłem się za innych i za siebie, aby to Duch Święty w nas działał i uzdalniał nas do tej posługi. Sami z siebie bowiem nic nie możemy. Chrystus potrzebuje do tego jedynie naszej wiary. Dla siebie prosiłem tylko o to, aby słuchać tych, którzy do mnie przyjdą – cierpliwie słuchać z miłością, a może lepiej powiedzieć, by we mnie słuchał ich Chrystus. Dziękuję Jezusowi za to, że natchnął do tego moje serce. Inspiracją pozostawała dla mnie Najświętsza Maryja Panna z Rokitna – „Cierpliwie słuchająca”.

            Czas rozeznania rozpoczynaliśmy od zaproszenia Ducha Świętego, prosiliśmy o modlitwę za nas Najświętszą Maryję, św. Michała o obronę, a Aniołów Stróżów o opiekę. Doświadczałem przy tym wielkiej otwartości wszystkich osób, a osobiście szczególnego uzdolnienia do „słuchania w miłości”. Duch Święty przychodził do nas ze swoim światłem, w którym odczytywaliśmy to, co On chciał nam pokazać. W ten sposób przygotowywał nas do samej modlitwy wstawienniczej. Tego lata rozeznanie w czasie rekolekcji „Radość zobowiązań” trwało dość długo – delikatnie mówiąc – i właśnie w tym długim czasie Chrystus przekonywał mnie po raz kolejny, że On „nie wybiera uzdolnionych, ale uzdalnia wybranych”. To, tak dobrze znane hasło, nabrało dla mnie właśnie w tej posłudze „cierpliwego słuchania” nowej wyrazistości. Doświadczaliśmy niezwykłej wzajemnej otwartości na poszukiwanie prawdy o sobie i o problemie, który zamierzaliśmy oddać Chrystusowi w modlitwie. Wielokrotnie widziałem, jak Duch Święty powoli otwiera w poszczególnych osobach kolejne płaszczyzny, pozwalając nam dotknąć źródła wewnętrznej trudności i problemu.

            Dzięki takiemu rozeznania, dostrzegłem, jak bardzo konkretnie Bóg pragnie działać w życiu każdego z nas. Przychodzi do nas właśnie z tym, czego najbardziej potrzebujemy, a co nie zawsze na pierwszy rzut oka jest oczywiste. Każda kolejna osoba, która prosiła nas o modlitwę, umacniała we mnie to przekonanie. Bóg jest konkretny, Bóg jest czuły, Bóg jest delikatny, Bóg jest Miłością, w której przychodzi do człowieka. Bóg przemawia do człowieka w swoim Słowie, tym Słowem pragnie dotknąć i uzdrowić serca, Jego Słowo jest światłem Jego Miłości.

            Modlitwa wstawiennicza stała się dla mnie także wyjątkowym doświadczeniem jedności małżeńskiej. Ta jedność wybrzmiewała z jednej strony w małżeństwach, które prosiły o modlitwę, jak i w tych małżeństwach, które modliły się wstawienniczo. Tę jedność łączę ze sakramentem małżeństwa, w którym Duch Święty jednoczy małżonków we wspólnocie jedności – jedności w Chrystusie. Jedność modlitwy, jedność intencji, jedność myśli, jedność charyzmatu – to widziałem w każdym z tych małżeństw.

            Tegoroczna „Radość zobowiązań” była szczególnym czasem przeżywania mojej osobistej relacji z Chrystusem. W ogóle się tego nie spodziewałem. Nie spodziewałem się, że Pan znowu mnie zaskoczy. Zaskakiwał nieustannie, stawiając przed mną ludzi poszukujących Prawdy, pragnących odpowiedzieć na Jego Miłość, szukających nowej drogi życia. Postawił także przy mnie małżeństwa, które podjęły się wielkiego trudu organizacji tych rekolekcji. Dziękuję Bogu za każde z nich, za Jego wielką miłość, której świadectwo dają małżeństwa zaangażowane w dzieło tych rekolekcji.

            Kolejnym zaskoczeniem była dla mnie decyzja, aby wstąpić do Krucjaty Wyzwolenia Człowieka. Nie zamierzałem tego robić. Tłumaczyłem tę decyzję tym, że nie piję alkoholu, więc po co jeszcze decyzja, aby nie korzystać z alkoholu. W czasie konferencji o KWC zrozumiałem jednak, że wcale nie chodzi o to, że nie piję, ale chodzi o moją wewnętrzną decyzję rezygnacji z czegoś ze względu na dobro innych. Zdecydowałem się podjąć Krucjatę dla innych księży – dla tych, którzy już są uwikłani w nałóg alkoholowy oraz inne nałogi, a znam ich zbyt dużo, za dużo. Rozpoczynam zatem drogę, która mam nadzieję, że przyniesie dobre owoce.

                                                                                                          ksiądz Adam Skrzyński

W pewien sposób, każdy z nas w Domowym Kościele umie sobie wyobrazić, co będzie treścią podczas rekolekcji Radość zobowiązań – 7 zobowiązań, które daje nam DK, jako narzędzia w drodze do zbawienia. Każdy też sam wie, co jest najtrudniejsze dla niego w zobowiązaniach. Co go odciąga, co robi zamieszanie w jego sercu i umyśle, że podejmuje dane zobowiązanie po macoszemu, bądź w ogóle go nie podejmuje. Czy na pewno znamy przyczynę? Wydawało mi się, że na wszystko jeszcze przyjdzie czas, że całkiem nieźle wypełniam zobowiązania. Rekolekcje w Rościnnie przyniosły zupełnie nowe, nieoczekiwane owoce. Otrzymaliśmy tak wiele.
Wszystko w moim życiu się zmieniło od kiedy zaufałam Panu i doświadczam jego obecności od kilku lat. Ten fakt, jak również to, że zbieram na nowo swoje życie przy Bogu składa się na moje głębokie przeżycie rekolekcji Radość zobowiązań. A było to tak:
Dzień 1 Regularne czytanie Pisma Świętego. Wydaje mi się, że tak niewiele rozumiem i nie pamiętam z czytania Pisma Świętego, więc po co mam podejmować trud, który wydaje się daremny. Odpowiedź przyszła podczas kazania, tak jasna i klarowna, że trafiła chyba do każdego z nas: odważyć się słuchać. Odważ się czytać. Słowo Boże jest pokarmem. Wiara rodzi się ze słuchania – mówił ks. Adam. Tego dnia także, uczestniczyliśmy w wieczornej adoracji Najświętszego Sakramentu i w tym czasie usłyszałam w swoim sercu: nie ty, nie dzieci, tu jest czas na twoje małżeństwo. Po raz pierwszy od 15 lat mogliśmy zatrzymać się na naszej małżeńskiej relacji.
Dzień 2 Namiot spotkania.
Jest jak powietrze, niezbędny, aby żyć z Jezusem Chrystusem. Tego doświadczam każdego dnia.
Dzień 3 Modlitwa małżeńska/rodzinna.
Zaczęły się nasze schody, nacisk został położony na naszą modlitwę małżeńską, coś co mi nie wychodzi. Coś czego nie podejmuję z nieumiejętności, nie mówię tu o modlitwach wspólnych czy różańcu, ale o modlitwie z serca. To był burzliwy dzień dla nas niespełniania oczekiwań względem siebie. Teraz już wiem, że bez próbowania i nauki sama mówić się nie nauczę. To tak jak z językiem obcym – mówił ks. Adam – którego uczymy się przez nabywanie słówek, formułek, zasad, aby dopiero później zacząć tworzyć zdania i posługiwać się językiem samodzielnie.
Dzień 4 Dialog małżeński.
To zobowiązanie uwielbiamy. Podczas dialogu jesteśmy innymi ludźmi, obecność Boga tak wiele zmienia. Staramy się zawsze rozmawiać z sobą, aby w słowach czy prozodii głosu jeszcze bardziej kochać drugą osobę. W myśl tego, co nam przekazano podczas Oazy
I – Co mam zrobić, jak mówić, aby pomóc Ci bardziej mnie kochać?
Dzień 5 Poruszenie ogromne.
Strach mój, że nie doświadczam obecności Boga, nie słyszę go podczas Namiotów Spotkania. Gdzie zawiniłam? I dostałam odpowiedź, ogarnęło mnie zupełnie inne doświadczenie Boga niż dotychczas. Był w cichości, obecny, towarzyszący.  o był dzień rozeznania u ks. Adama przed modlitwą wstawienniczą. Czas zaskakujący, wypełniony obecnością Ducha Świętego, łaską Boga i otuleniem Jezusa.
Dzień 6 Nabożeństwo uwielbienia.
Po nocnej modlitwie wstawienniczej wszystko we mnie się rozpada, by móc zbudować nowe życie. Jeszcze tego wtedy nie wiem, ale staję się inna. Zaczynam zmieniać nazywanie, zostawiam stary język, tworzę nową rzeczywistość z Bogiem, językiem miłości.
Słowa ks. Adama podczas Mszy św. poruszają mnie dogłębnie: Co ma brzmieć w moim życiu? Co ma być refrenem mojego psalmu? Jaki świat tworzę poprzez nazywanie, jak kształtuję rzeczywistość mojej rodziny, dzieci, swoją? Wiem jak trudno jest nauczyć dzieci mówić, ile to niezmordowanego wysiłku, codziennego trudu, miłości i akceptacji. Nie jest łatwo błogosławić, nie jest łatwo błogo mówić do dzieci, do siebie nawzajem . Ale już czas by świadomie wybrać psalm mojego życia i nauczyć się mówić na nowo. Są takie zranienia w moim życiu, że mogłam przeżyć 36 lat i je wyprzeć ze świadomości, “nie wiedzieć” o ich istnieniu, nazwać je tak, aby wydawało się, że nie mają znaczenia. Tylko dzięki działaniu łaski Bożej mogłam nazwać rzeczy po imieniu, przeżyć je w głębi swojego ciała, serca i umysłu, aby przyjąć to jako doświadczenie swojego życia, które ma ogromny wpływ na moje relacje. Potem uwierzyłam, że dzięki Bogu jest możliwe uleczenie, bo przecież powiedział Pan: Proście, a będzie wam dane (Mt 7,7) . Jednym zdaniem, mogłabym napisać świadectwo, a brzmiałoby ono: rekolekcje Radość zobowiązań uratowały nasze małżeństwo. Pozwoliły nie tylko słuchać, ale i zrozumieć siebie nawzajem. Przeżyć z Bogiem i w swojej bliskości to, co nas ukształtowało dotychczas i zmieniać to z pomocą ogromnej miłości, którą poznajemy dzięki bliskości Boga w zobowiązaniach. I dodam, nie, nie mieliśmy kryzysu, żyliśmy zgodnie i w przyjaźni z Jezusem, a jednak….rekolekcje zmieniły nas dogłębnie.
Dzień 7 Rekolekcje.
Wiem już, dzięki Ani i Marcinowi, co robić z owocami rekolekcji. To nie jest tak, że starczą tylko do grudnia, a potem już planuję kolejne rekolekcje, bo pokarm się kończy. Już wiem, że słoików z owocami rekolekcji nie chowa się do piwnicy, nie zapomina się o nich tylko czerpie się z nich przez cały czas. Co więcej mogę napisać po miesiącu od rekolekcji?. Jestem inna, czuję obecność Bożą nieustannie, jestem nim otulona, wygładza moje kanciaste i ostre słowa, i nawyki. Jestem radosna, że spotkałam Jezusa, był tam w Rościnnie w wielu osobach i jest ze mną tu, już na zawsze. Bo raz doświadczając Go, nie można nie chcieć z nim być, nie tęsknić za bliskością z Nim. Życie bez niego wypala jak ogień. Wiem też, że jestem człowiekiem i raz wybrawszy, ciągle wybierać muszę (św. Augustyn).

                                                                                                                                             Ewa

Radość zobowiązań, to niewątpliwie ciekawy temat rekolekcji, ale nie zamierzałem w nich brać udziału. Mieliśmy plany rekolekcyjne zgodne z zasadami Domowego Kościoła i dlatego konsekwentnie 3 razy odmawialiśmy (a w zasadzie, ja odmawiałem) moderatorom skorzystania z ich zaproszenia. Uważałem, że podjąłem już męską decyzję i tak zostanie. Za czwartym razem postanowiłem posłuchać, co żona ma na ten temat do powiedzenia i czy na pewno plany Ducha Świętego pokrywają się z moimi. Koniec końców, postanowiliśmy pojechać na rekolekcje Radość zobowiązań, organizowane przez naszą (elbląską) diecezję.
Temat konkretny, pozwalający na jasne wnioski dotyczące każdego z zobowiązań. Plan zakładał zrobienie notatek z natchnień, zachwytów tudzież odkryć, które napotykałem każdego dnia, a na koniec świadectwo gotowe. Plan dobry, z pewnością pozwalający na wyjazd z solidną walizką nowej wiedzy i ciekawych przemyśleń, a może nawet postanowień, dotyczących zobowiązań. Duch Święty jednak zaplanował to inaczej.
Trzeciego, dnia tematem była modlitwa rodzinna i małżeńska, z akcentem na modlitwę małżeńską. Czułem w sobie niespotykany niepokój, czym podzieliłem się na spotkaniu w grupie. Wiedziałem, że to zobowiązanie jest dla mnie najtrudniejsze, nie dlatego, że nie wiedziałem, jak się za nie zabrać, ale dlatego właśnie, że wiedziałem i że nigdy nie potrafiłem w prawdziwej jedności stanąć z żoną, przed Bogiem, bo ona mnie nie słucha. Nie pozwala się czegoś nauczyć. Mogę jej przecież tyle przekazać, pokazać i wytłumaczyć. Z resztą, podobnie mam z dziećmi. Nie można ich wszystkich nawet dotknąć, bo od razu chowają się w skorupkach, jak ślimaki. Wieczorem, w trakcie modlitwy małżeńskiej, prowadzeni przez parę animatorów rozpoczęliśmy nasze spotkanie z Bogiem. Cieszyłem się, że mogę modlić się z żoną, zawsze czułem wielkie pragnienie modlitwy z nią, ale tym razem przed obliczem samego Jezusa Eucharystycznego przestałem oczekiwać czegoś od żony, tylko zacząłem jej słuchać. Usłyszałem od niej, że w tym roku, te rekolekcje, chce poświęcić nam, naszemu małżeństwu. Duch Święty zdecydowanie zaczął w nas wtedy mocno działać, bo natchnął mnie myślą o mnie i moich ograniczeniach, o obszarach mojego życia wymagającego uzdrowienia. Miałem dojrzeć i nauczyć się być mężczyzną, jak święty Józef. Ta myśl przemieniła moje myślenie o mnie i naszym małżeństwie. Wiedziałem, że dzień modlitwy małżeńskiej, przeczuwałem to od poprzedzającego wieczoru, będzie moim punktem kulminacyjnym tych rekolekcji, ale wbrew regule punktu kulminacyjnego, napięcie zaczęło rosnąć. Następnego dnia miał być łatwy dla nas temat – dialog małżeński, czyli już z górki, bo nic trudniejszego nie widziałem w planie rekolekcji, ale we mnie rósł niepokój związany z tym, czego dowiedziałem się o sobie. Piątego dnia w trakcie rozeznania przed modlitwą wstawienniczą podzieliłem się moimi myślami z księdzem Adamem i powiedziałem, że nie wiem, o co w tym chodzi, bo przecież odkąd pamiętam, musiałem być mężczyzną. Szybko dojrzałem w związku z chorobą przebytą w okresie dorastania. Nauczyłem się wtedy znosić przeciwności, trudy, ból, rozstanie, widziałem umierających ludzi i oswoiłem nawet śmierć. Tyle, że nie byłem przez to nastolatkiem. Ten okres przeskoczyłem. Mając charakter generalski, jestem żądającym natychmiastowych reakcji od dzieci ojcem, pouczając wszystkich wokół siebie przełożonym i stanowczym, wszystko wiedzącym mężem. Sformułowaliśmy z księdzem intencję na modlitwę wstawienniczą. Poprosiłem o modlitwę, abym poznał Boga ojca, doświadczył Jego ojcowskiej miłości, dojrzał do bycia mężczyzną, a nie udawał go, pozostając nastolatkiem oraz… o łagodną miłość, na wzór świętego Józefa. Usłyszałem od księdza, że nie wiem, o co proszę. Nie mam pojęcia, jaka to miłość, jaka łagodność i co się z tym wiąże. Powiedziałem, że trudno, że jest to wyzwanie, które chcę podjąć. “A o cokolwiek prosić będziecie w imię moje, to uczynię, aby Ojciec był otoczony chwałą w Synu.” (J 14,13) Zawsze w to wierzyłem i tym razem nie mogło być inaczej. Dostałem to, czego chciałem i wszystko okazało się nowe. Nie umiem opisać tego, co we mnie się zmieniło. Wiem jednak, że być prawdziwym mężczyzną, to wielka łaska i jest to coś, zupełnie innego od tego, jakie miałem o tym wyobrażenie. Niech za dowód posłuży fakt, iż dzieląc się swoim świadectwem w czasie godziny świadectw zapłakałem tak szczerze, jak nigdy, odkąd skończyłem 11 lat, mi się nie zdarzyło. Jak dziecko, a mężczyźni przecież nie płaczą. Nie mogłem powstrzymać wzruszenia na myśl o tym, że moja żona jest świątynią Boga. Dotąd była ukochaną przeze mnie kobietą, ale taką, co do której miałem wciąż jakieś oczekiwania, które z mniejszą lub większą cierpliwością “po męsku” znosiłem, a ja byłem tym, który sam ze wszystkim potrafi sobie poradzić. Teraz wiem, że to Boża miłość uzdalnia mnie do wszystkiego, albo wyraża się przez pomoc innych. Teraz, dzięki uzdrowieniu, jakiego doznałem, mogłem otoczyć moją żonę troską i łagodną, uzdrawiającą miłością… na wzór świętego Józefa. Nie wyobrażałem sobie nigdy, jak rezygnacja z siebie, bo tylko prawdziwy mężczyzna to potrafi, może wpłynąć na jakość miłości, wręcz jest jej warunkiem koniecznym.
Już prawie miesiąc minął od naszych rekolekcji, a ja wciąż nie mogę się nadziwić ile radości mi daje obcowanie z Jezusem, którego moja żona gości w sercu. Być może niektórym wyda się to zbyt odważnym stwierdzeniem, ale ja śpię z Jezusem. Dzięki tej świadomości, każdy czuły gest okazany mojej ukochanej żonie, wypełnia mnie doświadczeniem Bożej chwały. Każda chwila, kiedy otwieram się na Jego miłość w niej uzdrawia mnie jeszcze bardziej, uzdrawia nasze relacje i nie ma dla mnie większej radości niż ta z wypełniania moich zobowiązań, bo w ten sposób uczę się i doświadczam najpiękniejszej miłości. Wypełnianie każdego z nich przybliża i upodabnia mnie do mojego Ojca, który jest w niebie.

                                                                                                                    Paweł

Rekolekcje Radość zobowiązań w Rościnnie były dla nas czasem odnowy naszej relacji i miłości małżeńskiej. Czas przed nimi był bardzo trudny dla nas i naszej rodziny ze względu na rozłąkę wynikającą z pracy wyjazdowej męża. Nie mieliśmy praktycznie czasu na rozmowę, nie mówiąc już o codziennej modlitwie małżeńskiej czy rodzinnej. W zasadzie oprócz namiotu spotkania (i wyjazdu na rekolekcje) nie wypełnialiśmy żadnych zobowiązań, wynikających z bycia w Domowym Kościele, choć to nie o samo wypełnianie chodzi, ale to po kolei.
Sam fakt, że trafiliśmy na te rekolekcje był dziełem Opatrzności Bożej – my planowaliśmy jechać na inne. Przy wyborze kierowaliśmy się bardziej miejscem, gdzie będą się odbywać rekolekcje (żebyśmy przy okazji mogli odwiedzić rodzinę, która mieszka daleko i połączyć przyjemne z pożytecznym). Bóg chciał inaczej i choć lista była już dawno zamknięta,  jedna para musiała zrezygnować i prowadzący zaproponowali to miejsce nam. Nie z pełnym przekonaniem, ale zapisaliśmy się. Z perspektywy czasu widzimy, jak  Pan Bóg jest dobry, że się nie myli i że tylko On mógł wiedzieć, jak bardzo właśnie te rekolekcje będą nam potrzebne. No właśnie, bo  Radość zobowiązań dosłownie w punkt odpowiadała naszym potrzebom, i to nawet tym, których sobie nie uświadamialiśmy lub spychaliśmy gdzieś do podświadomości. Bo oprócz tej płaszczyzny bardziej zewnętrznej, odpowiadającej tematowi rekolekcji, gdzie były omawiane poszczególne zobowiązania, ich znaczenie i sens, w głębszej sferze dokonywało się uzdrowienie i odnowienie naszej relacji małżeńskiej. Działo się to nie w oderwaniu od zobowiązań, ale dzięki ich właściwemu przeżywaniu. Niezwykle pomocna w tym, a wręcz w naszym odczuciu kluczowa była prawie codzienna adoracja. Jezus żywy i obecny w Najświętszym Sakramencie (np. mieliśmy okazje trwać wraz z małżonkiem sam na sam w kaplicy przed Bogiem ukrytym w monstrancji) sam działał, uzdrawiał i jednoczył podzielone serce. Przedostatniego dnia, gdy wieczorem również przed Najświętszym Sakramentem dziękowaliśmy i uwielbialiśmy Boga za wielkie rzeczy, jakich dokonał podczas tych rekolekcji, czuliśmy się jak w niebie, szczęśliwi i zjednoczeni.
I chętnie zostalibyśmy tam dłużej, jak apostołowie na Górze Tabor po ujrzeniu Jezusa w pełni chwały…ale trzeba było wracać. Powrót do rzeczywistości nie był łatwy, gdyż po dwóch dniach mąż wyjechał do pracy. Doświadczyliśmy wtedy jednak  ogromnego pragnienia wspólnej modlitwy, łatwiej też jest mi, zostając samej z dziećmi, dbać o modlitwę rodzinną. Nie jest łatwo, gdyż małżonkowie ani rodzina nie są powołana do tego, żeby być w rozłące (mamy nadzieję i prosimy o modlitwę, żeby ta sytuacja mogła się jak najszybciej zmienić), przychodzą momenty zachwiania, ale jest do czego wrócić, mamy doświadczenie, jak szczery, otwarty i spokojny dialog może nas nawzajem na siebie otworzyć, jak ważne jest tak naprawdę każde zobowiązanie, ale wtedy kiedy w nim i poprzez nie, będziemy starali się w pełni otwartości spotkać z samym sobą, ze współmałżonkiem – z jego potrzebami i ograniczeniami – oraz z Bogiem, który jest naszym Ojcem i troszczy się o nas w niesamowity sposób. Amen.

Chwała Panu
Edyta i Michał